Astraia - Oficyna Artystyczna
login hasło
>
Jeżeli nie masz jeszcze konta, przed zakupami najlepiej zarejestruj się.
ZNAJDŹ
Koszyk jest pusty, zapraszamy na zakupy w księgarni internetowej.
Aby korzystać ze schowka,
musisz się zalogować.
Indeks tytułów
Pokaż tytuły na literę  
>
Indeks autorów
Pokaż autorów na literę  
>
KATALOG DO DRUKU
oferta Podtatrze
Góry wołają. Opowiadania przewodnickie

Góry wołają. Opowiadania przewodnickie

Tadeusz Staich

aktualnie niedostępna
ZAPYTAJ O DOSTĘPNOŚĆ
cena: 29,00 zł
sprawdź koszty przesyłki
jeśli planujesz zakup tego produktu w przyszłości...
...dodaj go do schowka
poleć znajomemu
wydawnictwo: Astraia
rok wydania: 2014
oprawa miękka
format: 120x190
ISBN: 978-83-60569-68-9
Jeszcze nie oceniano tej pozycji.
Twoja ocena:
Oceń pozycję:

Trzecie wydanie niezmiernie popularnej książki przewodnickiej Tadeusza Staicha "Góry wołają".
Góry wołają to, o czym informuje podtytuł, zbiór opowiadań przewodnickich snutych przez autora, który przez długie lata wodził turystów po Podtatrzu i po Tatrach, ukazując im niepowtarzalne piękno tych krain i ucząc ich gór. Opowiadania, poza zaletami literackimi − pisane są bowiem pięknym językiem, wyraziście przekazującym Czytelnikowi różnorakie treści − posiadają też walor dokumentu. Powstawały w latach pięćdziesiątych minionego stulecia i świetnie oddają realia ówczesnej turystyki polskiej, zarysowując specyficzną aurę tej epoki, w której polityczna indoktrynacja w turystyce (i nie tylko w niej), mieszając się z powojennymi, socjalnymi przemianami polskiego społeczeństwa, stworzyła karykaturalną postać masowej turystyki (co doskonale ukazują opowiadania Kasztany kwitną w Koszalinie, czy Pociąg widmo). Z drugiej strony wszakże − o czym nie można nie pamiętać − pchanie owych mas „z fabrycznych hal w górskie hale” dało wielu, nawet bardzo wielu jednostkom, szansę na pierwszy w życiu kontakt z górami, z ich fascynującym krajobrazem i przyrodą, i zaszczepiło w nich głębokie, prawdziwie autentyczne, na całe życie, zauroczenie się niepowtarzalnym pięknem gór (Prowadzę hutników). Opowiadania Staicha dobitnie to pokazują.

Książka czytana obecnie jest więc zarówno literackim, jak i socjologicznym dokumentem ekspresyjnie i z humorem ukazującym nie tylko popularną turystykę tatrzańską w owych czasach, ale również sylwetki wybitnych ówczesnych przewodników (Przewodnickie wspominki). Po upływie pół wieku od jej opublikowania w zasadzie tylko tak można ją traktować. Pamiętać jednak trzeba, że w momencie jej wydania miała ona także − jak zauważył Jacek Kolbuszewski, wybitny historyk literatury tatrzańskiej − „doraźny walor interwencyjny”, bo przedstawiając „wypaczenia turystyki zbiorowej”, demaskowała jednocześnie „fałszywość i obłudę pozornie tylko humanistycznych intencji patronujących ideologizacji turystyki masowej w duchu socjalistycznych haseł”. Ranga tej wypowiedzi pisarskiej Staicha brała się − zdaniem Kolbuszewskiego − ze szczególnego statusu „narratora, tyleż krytycznego obserwatora ludzi i zjawisk, ile czynnego uczestnika opowiadanych zdarzeń”.
Niezależnie od historycznoliterackiej oceny tej książki i miejsca, jakie zajmuje ona w polskiej literaturze tatrzańskiej, dzięki mistrzostwu słowa autora (jakże celnie miano „sługi słowa” przydał Staichowi ks. Józef Tischner), pomimu upływu lat, nadal czyta się ją znakomicie. I choć autor w zakończeniu pierwszego rozdziału (Kim jestem), informuje, że pisał te opowiadania „z myślą o kolegach przewodnikach”, to ponad wszelką wątpliwość spodoba się ona nie tylko następnym, coraz liczniejszym pokoleniom przewodników, ale także każdemu miłośnikowi dobrej literatury, a na pewno każdemu, kogo zafascynował świat Tatr i Podtatrza (z posłowa Wiesława A. Wójcika).
 

Spis treści
Kim jestem
Cisza na Wantulach
Straż pożarna w Tatrach
Prowadzę hutników
Chłopski świat – ciekawy świat
Włóczędzy
Szczyt marzeń i snów
Trochę egzotyki
Kasztany kwitną w Koszalinie
Pociąg widmo
Napoleon w Tatrach
Katarzyna Gorączko
Kie nie udźwignies portek…
Bajdy i przypowiastki
Przewodnickie wspominki
Góry wołają
Jesień za Bramką
Posłowie
Fragmenty
KIM JESTEM (rozdział pierwszy, fragment)
 
Jedni mówią do mnie:
– Pan to szczęśliwy. Całe życie na wczasach, na wycieczkach. W obłokach… A drudzy:
– Ale śmierć to musi panu często w oczy zaglądać, co? Nie boi się pan tak igrać? Jeszcze inni:
– Hm. Co to za zawód? Właściwie, co pan robi?
No – właśnie. Co ja robię… Ano, na przykład dzisiaj siedzę w domu i rozmyślam nad odpowiednim ubiorem. Na świecie maj, wiosenna jabłonka zaróżowiła mi okno. Trzeba jednak włożyć najgrubszy sweter, przyzwoite rękawice. W portfelu delegacja służbowa i państwowa legitymacja. Idzie się do roboty.
Ale co prawda, to prawda. Pełnoprawnym obywatelem właściwie nie jestem, do świata pracy nie całkiem należę. Nie mam etatu i pensji, nie mam świadczeń socjalnych. Nie jestem nawet ubezpieczony, choć kark w służbie skręcić mogę łatwo, jeszcze łatwiej połamać ręce i nogi. Odpowiedzialność mam dużą, społecznie jestem użyteczny, może nawet – diascy wiedzą – moja praca ma szczególny charakter „wyższej użyteczności publicznej”.
Muszę być przyzwoicie ubrany, gładko ogolony, zawsze uśmiechnięty, aż do przesady uczynny. Nie mogę prawić komplementów wyłącznie paniom, muszę w tym względzie dopełnić miarki również wobec panów.
Trzeba się stale dokształcać. Cenzus naukowy – to mało. Najnowsze zdobycze wiedzy powinny siedzieć w moim mózgu jak w encyklopedii. Musi mnie interesować wiele dziedzin: historia sztuki, medycyna, ekonomia, etnografia, geografia, pedagogika, przyroda, terenoznawstwo, historia i psychologia. Sprawność fizyczna? Siła mięśni? Bardzo dobry stan zdrowia? Donośny głos i należyta dykcja oraz kondycja psychiczna? O, to również zasadnicze warunki powodzenia w moim zawodzie.
Czy mi płacą? Płacą. Dniówki albo półdniówki. A czy społeczeństwu zależy na mojej służbie? Prawdopodobnie bardzo, choć… czy ja wiem? Społeczeństwu mogłoby bardzo zależeć, gdyby znało istotny sens mojej pracy. Ale – jak się rzekło – nie przysługują mi wszystkie prawa i przywileje ludzi pracujących. Tyle, że moja legitymacja prezentuje się poważnie, przypieczętowana jest orzełkiem.
Jestem semaforem.
Jeżeli droga wolna i bezpieczna, wskazuję ją. Równocześnie jestem czymś w rodzaju ciągnika na tej drodze. Ciągnę za sobą ludzi. Idą, choć czasem się boją. Ale ufają mi.
Jestem nauczycielem i pedagogiem.
Muszę w metodycznie prawidłowy sposób ukazywać piękno, gospodarkę społeczną, przyrodę i człowieka we wzajemnej zależności, krajobraz geofizyczny i skomplikowany mechanizm ludzkiego bytowania. Muszę uczyć rzeczy pięknych i rzeczy pożytecznych. Ale moi uczniowie nie powinni odczuć, że ich „uczę”. A więc uczę – bawiąc.
Jestem lekarzem.
To nie tylko sprawa ataku serca, złamania nogi, zranienia. To również – i przede wszystkim – służba profilaktyczna. Muszę być kimś, kto potrafi tak zwanym chorobom cywilizacyjnym – chorobom XX wieku – przeciwstawić odpowiednią, uzdrawiającą formę wypoczynku czynnego.
Jestem też, jak z tego wynika, psychologiem.
Podpatruję reakcje ludzi, sumuję je, wyciągam wnioski i stosuję odpowiednią terapię.
Jestem – bo muszę – dobrym, miłym i (Boże, jak to nieraz ciężko!) dowcipnym towarzyszem każdego z moich podopiecznych i równocześnie całej grupy. Dowcipem lub natychmiastowym refleksem zamienionym w niefrasobliwe słowo muszę czasem rozładować atmosferę lub wręcz uratować beznadziejną sytuację. Napisałem: jestem, bo muszę… Tak. Muszę zawsze, bez względu na aktualne osobiste przeżycia. To również sztuka aktorska.
Jestem przełożonym.
Czasem muszę wymagać bezwzględnego posłuszeństwa, wchodzę w rolę dyktatora. Mogę słuchać próśb, żalów, rad, ostrych słów, ale ostateczna decyzja należy do mnie. Decyzja ta powinna być celna. Inaczej zepsuje wszystko lub może spowodować wypadek.
Muszę dużo wiedzieć, mniej mówić, precyzyjnie odpowiadać na pytania. Czasem, choć to powinno się zdarzać rzadko, trzeba umieć odpowiedzieć: „Nie wiem”. „Szklić” nie wolno.
Moi ludzie topnieją powoli, ale topnieją jak wosk. Rozbierają się, negliżują, gdy upał. Ale równie często negliżują swoje myśli, swoje wnętrze. Najczęściej o tym nie wiedzą. Dzieje się to w obecności katalizatora: słońca, przestrzeni, obłoków, zieloności, burzy z piorunami, gęstej jak owcza wełna mgły, beznadziejnej siąpy. Można wtedy tych ludzi lepić, zlepiać, przeinaczać. Można. Nie zawsze się to udaje. Ale czasem…
Pięknie.
Kim więc jestem?
Przewodnikiem tatrzańskim.
... 

Osoby zainteresowane tą pozycją kupowały również:
więcej
Zobacz także
Góry wołają. Opowiadania przewodnickie
Podania i legendy o świętych i cudach spod Babiej Góry, Tatr i Pienin
Spotkania w dawnej i niedawnej Szczawnicy
Moja wiara
Wyłónacka. Słownik gwary szczawnickiej
Pieniny na starej pocztówce
Wiersze tatrzańskie
Newsletter
Aby otrzymywać informacje o nowościach i promocjach Wydawnictwa, wpisz się na listę:
zapisz się
T 600 82 77 97
F 12 654 95 86 [numer tymczasowo niedostępny]
E astraia@astraia.pl

[ + ] więcej
opracowanie Prekursor